Przemysł rozwija środki biologiczne

Przedstawiciele przemysłu chemicznego obnażają słabości Zielonego Ładu. Są gotowi na dostarczanie rozwiązań prośrodowiskowych, ale brakuje zgodności regulacji prawnych.
Wielu rolników twierdzi, że są gotowi zrezygnować z chemicznych środków ochrony roślin, jeśli w ich miejsce pojawią się równie skuteczne i tanie rozwiązania. Zdjęcie: Dreczka

Przemysł chemiczny zajmujący się zaopatrywaniem rolnictwa robi wiele, żeby nie paść ofiarą strategii Zielonego Ładu. Wobec zarzutów o wprowadzanie do środowiska wielu ton substancji, które je nadmiernie obciążają, pojawiają się twarde kontrargumenty. Dla przykładu: jeśli hipotetycznie przyjąć, że z ochrony upraw wycofa się herbicydy, to bezpośrednich konsekwencji jest kilka. Najistotniejsza to obniżenie wydajności i jakości plonów. Następną jest bezproduktywna utrata składników pokarmowych i wody z gleby. Polepszają się też warunki do rozwoju chorób i szkodników. Oczywiście alternatywą jest pielęgnacja mechaniczna. Ale jest ona bardziej pracochłonna, mniej skuteczna i droższa. Ponadto powoduje wzrost użycia maszyn i oleju napędowego, którego spalanie niewątpliwie obciąża środowisko.

Więcej polityki niż logiki

Przytoczone argumenty pokazują, że rezygnacja ze stosowania chemicznej ochrony roślin powinna mieścić się w rozsądnych ramach. Wiele dyskusji dotyczących przyszłego kształtu produkcji żywności w Europie ma podłoże politycznie i jest ukierunkowane wyłącznie na zdobycie poparcia mniej świadomej części społeczeństwa. Jako przykład podawany jest bardzo emocjonalny spór o glifosat. Ciężko tu dojść do porozumienia, bo kryteria oceny są bardzo rozbieżne.

Przedstawiciele przemysłu chemicznego zwracają uwagę na fakt, że działania na rzecz ochrony środowiska nie są odkryciem polityków sprawujących obecnie władzę. Jest to proces trwający od dziesięcioleci i podlegający ewolucji. Najbardziej trujące substancje wycofano z użycia dawno temu. Wskutek unijnego przeglądu substancji czynnych od kilkunastu lat wycofuje się kolejne, chociaż nie wszystkim udowodniono znaczącą szkodliwość. Wobec niektórych wystarczyło samo podejrzenie.

Odkąd w 2015 r. wprowadzono obowiązek stosowania integrowanej ochrony roślin, chemiczna ochrona upraw nie jest traktowana jako zasadnicza, lecz ostatnia deska ratunku. Rolnicy mogą szeroko korzystać z progów ekonomicznej szkodliwości i systemów monitorujących, żeby nie nadużywać środków chemicznych. Zachętą jest możliwość obniżenia kosztów produkcji, a korzyścią pośrednią wspieranie różnorodności biologicznej.

Oskarżanie rolników o niszczenie bioróżnorodności jest zbyt dużym uproszczeniem, a może też szukaniem winnych wieloletnich zaniedbań po stronie polityki kolejnych rządów. Zadaniem rolnictwa jest zaspokajanie podstawowych potrzeb społeczeństwa, decydujących o przeżyciu kolejnego dnia. Jeśli potrzeba więcej lasów, parków i terenów zielonych, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby państwo na koszt podatnika wykupywało ziemię od rolników i oddawało we władanie siłom przyrody. W Polsce na początek niczego od rolników nie byłoby trzeba kupować. Państwo jest bowiem właścicielem blisko 1,3 mln ha gruntów rolnych, które w większości dzierżawi rolnikom za coraz większe czynsze. Natomiast lasy państwowe nie są porośnięte roślinnością wszelkich gatunków, lecz monokulturą sosny, której wycinka przynosi budżetowi ogromne dochody.

Zdaniem przedstawicieli przemysłu chemicznego nowe pule środków w pierwszym i drugim filarze wspólnej polityki rolnej mogą być interesujące, ale tylko dla części potencjalnych adresatów. Tymczasem przedstawione założenia zakładają obniżenie dochodów głównie tych rolników, którzy zasadniczo zaopatrują rynki żywności. Wprowadzanie nowych regulacji powinno uwzględniać utrzymanie dotychczasowego poziomu dochodów i postrzegać rolników, jako partnerów w realizacji nowych celów środowiskowych.

Wąskie gardła w urynkowieniu

Jedną z alternatyw dla chemicznych środków ochrony roślin są środki biologiczne. Jednak sytuacja w obszarze procedur ich zatwierdzania ciągle jest niezadowalająca. Przepisy europejskie często są w sprzeczności z krajowymi. Firmy prowadzące badania inwestują duże pieniądze w produkty biologiczne i chcą na tym zarabiać, żeby dalej funkcjonować. Tymczasem przeszkody regulacyjne spowalniają wprowadzenie na rynek rozwiązań uznawanych za przyjazne środowisku.

Wskutek wycofywania substancji czynnych coraz bardziej problematyczna staje się ochrona warzyw i upraw specjalnych. Niebawem podobne luki pojawią się w ochronie ziemniaka, a następnie rzepaku, kukurydzy i zbóż. Czy krajobraz i środowisko na tym zyskają?

© Materiał chroniony prawem autorskim. Zasady przedruków w regulaminie.