Ukraińskie ziarno to nie wszystko
Unijny komisarz ds. rolnictwa chce sięgnąć do rezerwy kryzysowej WPR. Oficjalnym powodem jest uwolnienie handlu z Ukrainą, ale prawdziwy może leżeć gdzie indziej.

Na wyraźny spadek cen i popytu na płody rolne skarżą się ostatnio kraje unijne bezpośrednio sąsiadujące z Ukrainą. Odkąd w czerwcu ub.r. Unia otwarła swoje granice celne, dynamicznie wzrósł import pszenicy, rzepaku, oleju słonecznikowego, a zwłaszcza kukurydzy. Tereny przygraniczne zostały zalane tańszymi towarami z Ukrainy, co skutecznie zablokowało popyt na rodzime płody rolne. Winę za tę sytuację mniej więcej po równo ponoszą prywatni importerzy i władze centralne, które nie zatroszczyły się o koordynowanie przepływu tych towarów.
Uruchomienie rezerwy przegłosowane
Na apel grupy krajów z Europy Wschodniej unijny komisarz ds. rolnictwa Janusz Wojciechowski chce uruchomić rezerwę kryzysową Wspólnej Polityki Rolnej (WPR). Z tą inicjatywą wystąpił na ostatnim spotkaniu ministrów rolnictwa UE w Brukseli w miniony poniedziałek. Warto pamiętać, że rezerwa kryzysowa zreformowanej WPR opiewa na przynajmniej 450 mln €. Za jej uruchomieniem zdecydowała większość, chociaż zupełnej jednomyślności nie udało się uzyskać. Z niższych cen surowców rolnych chętnie korzysta kilka państw Europy Zachodniej, w tym m.in. Hiszpania, Włochy i bogate Niemcy, które opowiedziały się przeciwko uruchomieniu wspomnianej rezerwy.
Według danych przedstawionych przez Wojciechowskiego, import lądowy z Ukrainy do UE w minionym roku znacznie wzrósł. Pszenicy w 2021 r. przywieziono 300 tys. t, a w minionym 2,8 mln t. Analogicznie import kukurydzy wzrósł z 7,3 mln t do 12,2 mln t. W przypadku słonecznika zaobserwowano wzrost z 52 tys. t do 1,8 mln t. Znacząco wzrósł również import mięsa drobiowego, które nie podlega kwotowaniu.
Komisarz Wojciechowski zaznaczył, że te ilości nie stanowią problemu dla całego europejskiego rynku. Jednak w krajach graniczących z Ukrainą, jak Polska, Węgry, Rumunia czy Słowacja powstał problem z wysłaniem tych nadwyżek do krajów, w których są potrzebne. Dlatego konieczne jest unijne wsparcie w celu likwidacji zakłóceń na rynkach lokalnych i regionalnym.
W komunikacie rynkowym nie wyszczególniono, na ile wzrósł import podobnych towarów z innych kierunków. Może był to celowy zabieg. Bo cóż, wzmożonego importu kukurydzy z Brazylii (7,2 mln t – wielokrotność względem 2021 r.) i rzepaku z Kanady (2,2 mln t – dwukrotnie więcej niż w 2021 r.) żadnym porozumieniem solidarnościowym wyjaśnić się nie da.
W zaistniałej sytuacji geopolitycznej wzrost importu z tych krajów rozchwiał ceny skupu w Europie. Na unijnym rynku zbóż problem nadmiaru raczej jest sztuczny i chwilowy, bo eksport pszenicy wydatnie wzrósł. Jednak w przypadku wykorzystania paszowego ziarno zbożowe można dość łatwo zastąpić kukurydzą. Dlatego ich popyt i cenę dołuje import brazylijskiej kukurydzy. Nie podlega dyskusji, że Ukrainie w obecnej sytuacji należy pomagać. Natomiast Brazylii i Kanadzie niby z jakiej okazji?
Wsparcie zostanie utrzymane
Liberalizacja w imporcie produktów rolnych z Ukrainy według pierwotnego zapisu ma trwać do czerwca br. Ale jeśli konflikt się nie zakończy, to prawdopodobnie latem zostanie przedłużona. Przez ostatnie miesiące ani jeden kraj na posiedzeniach Rady Ministrów Rolnictwa UE nie wzywał do wprowadzenia ograniczeń w imporcie z Ukrainy. Pełniący obowiązki przewodniczącego Rady ds. Rolnictwa UE Szwed Peter Kullgren podkreślił pełną solidarność ministrów rolnictwa UE z Ukrainą. Uważa, że należy dalej wzmacniać korytarze lądowe dla eksportu produktów rolnych. Sam Wojciechowski pod koniec ubiegłego roku podczas pobytu w Polsce wyraził opinię, aby ograniczyć ukraiński import produktów rolnych. Teraz najwyraźniej już tego nie chce.