Politycy zredukują, a koszt poniosą rolnicy

Nakaz redukcji zużycia środków ochrony roślin dla zachodnioeuropejskich rolników oznacza racjonalizację ich stosowania, a wschodnioeuropejskim jawi się niczym krajobraz po bitwie.

Kolejny program zbawiania świata autorstwa zieleniejących polityków zakłada, że przez najbliższych 10 lat wszystkie kraje unijne mają solidarnie dążyć do redukcji zużycia środków ochrony roślin o połowę. Niewiele refleksji dotyczy faktu, że ta połowa we Francji, Niderlandach, Niemczech czy Polsce, to zupełnie różne ilości. Jeśli program się powiedzie, to zachodnioeuropejscy rolnicy będą mogli nadal stosować po kilka kilogramów substancji czynnych na hektar, a polscy zaledwie pół. Sprawiedliwiej będzie, jeśli najpierw najwięksi truciciele Europy wyrównają do naszego poziomu, a potem wszyscy będziemy równomiernie redukować dalej.

Ciężko zgadnąć ile krajów wzorem naszego do unijnych gremiów decyzyjnych deleguje ludzi o wątpliwych kompetencjach i zdolnościach negocjacyjnych. Z pewnością są oni świadomi tego, że ani bezpośrednio, ani pośrednio nie odczują konsekwencji swoich decyzji. Wprawdzie jedna z unijnych maksym mówi o równości wobec prawa, ale nie w każdym przypadku jej zastosowanie przynosi podobny skutek.

Ogół społeczeństwa popiera tzw. działania prośrodowiskowe, bo nie jest w pełni świadomy ich skutków. Walka o ochronę środowiska i zdrową żywność to dziś bardzo nośne, ale też banalne hasła. Jednak ekologizacja rolnictwa w proponowanym obecnie wydaniu nie jest niczym innym, jak uzależnieniem poziomu życia na wsi od łaski polityków. Eliminowanie z użycia środków produkcji mających kluczowy wpływ na jej wydajność musi się odbić na dochodach rolników. Jednak dla finansów publicznych może to nie mieć większego znaczenia, bo nawet niewielki niedobór żywności skutkuje wzrostem jej cen... i podatków od sprzedaży.

Obecnie społeczeństwo jest tumanione atmosferą wiecznego zagrożenia. To ułatwia manipulowanie zachowaniami. Ludzi straszy się zanieczyszczonym powietrzem, które może ich udusić po wyjściu z domu. Potencjalnie śmiertelne może być też zjedzenie ziemniaka z plantacji, gdzie chemicznie zwalczano stonkę.

Sztucznie podsycana psychoza strachu prowadzi do absurdów. Zwykłym konsumentom łatwiej jest uwierzyć w to, że żywność można tanio i efektywnie produkować metodami dostępnymi w XIX w. Toteż domagają się usuwania z użycia wszelkich środków stwarzających nawet czysto hipotetyczne zagrożenie i zastępowanie ich postrzeganymi jako neutralne. Natomiast wykształconym i doświadczonym rolnikom nikt nie wmówi, że np. insektycydy do zwalczania stonki ziemniaczanej można zastąpić wodą z szarym mydłem lub wywarem z pokrzyw.

© Materiał chroniony prawem autorskim. Zasady przedruków w regulaminie.