Ktoś jest na bakier z ekonomią

Ważni politycy przekonują, że rezygnacja z intensywnego rolnictwa nie spowoduje problemów z zaopatrzeniem w żywność czy wzrostu jej cen.

Otwarcie nowej perspektywy budżetowej Wspólnej Polityki Rolnej słało się faktem. Środki na wsparcie rolnictwa zostały już dawno rozdzielone pomiędzy poszczególne kraje członkowskie Unii Europejskiej. Ale tym razem odstąpiono od jednego, wspólnego klucza ich rozdziału. Wyznaczono tylko kierunki, które będą podlegały wsparciu, a szczegółowe zasady każdy kraj określi sobie sam. Nasze Ministerstwo Rolnictwa właśnie udostępniło w Internecie swój projekt Planu Strategicznego w celu konsultacji.

Jeszcze przez dwa lata procedury naliczania dopłat będą podobne, jak dotychczas. Ale potem zmieni się tak dużo zasad, że nie każdy od razu się w tym odnajdzie. Liczne zachęty do ekstensyfikacji produkcji polegające m.in. na redukcji nawożenia mineralnego i silnego ograniczenia stosowania chemicznych środków ochrony roślin, z pewnością spowodują spadek wydajności. W tych okolicznościach co najmniej dziwne wydają się wypowiedzi czołowych polityków, którzy uspokajają, iż nie grozi nam ani spadek produkcji żywności, ani wzrost jej cen. Jednak nie brakuje analityków, którzy otwarcie temu przeczą.

W przypadku naszego kraju daleko idąca ekologizacja rolnictwa bardziej wydaje się zagrożeniem niż szansą. Często pada tu argument, że żywność ekologiczna w Polsce to zaledwie 3% rynku, a w Austrii sięga 25%. Takie fałszowanie rzeczywistości jest bardzo nieodpowiedzialne. Nie można porównywać siły nabywczej naszych konsumentów z jakimkolwiek krajem Europy Zachodniej. Poziom kilku procent dla Polski w obecnej sytuacji ekonomicznej jawi się jako właściwy, bo tylko taki odsetek ludności jest na tyle zamożny, aby regularnie kupować żywność z gospodarstw ekologicznych, gdzie koszty jej wytworzenia są nieporównywalnie większe.

© Materiał chroniony prawem autorskim. Zasady przedruków w regulaminie.