Kogo obchodzą sprawy rolników?

Obostrzenia związane z pandemią skutecznie tłumią zainteresowanie innymi problemami społecznymi. Jest to bardzo wygodne zwłaszcza dla przedstawicieli władzy, którzy mogą sobie decydować o czym chcą bez większego sprzeciwu.

Chociaż liczba osób utrzymujących się z prowadzenia gospodarstw rolnych systematycznie spada, to działalność rolnicza nadal zajmuje ponad 60% powierzchni naszego kraju. Czy to za mało, żeby politycy i tzw. opinia publiczna poświęcała jej należytą uwagę?

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu każda akcja protestacyjna organizowana przez rolników wzbudzała zainteresowanie wysokich urzędników, posłów i mediów codziennych. Wprawdzie w kwestii rzetelności przekazów pojawiało się wiele zastrzeżeń, ale wielu obserwatorów zastanawiało się nad powodami tych wystąpień. Natomiast ostatnio największą gotowość do "dialogu" z rolnikami prezentuje uzbrojona po zęby policja. Sytuacja pandemiczna skutecznie zniechęca działaczy do narażania się na wysokie kary, szykany ze strony przedstawicieli władz, ostrą krytykę w mediach, zwłaszcza publicznych i przejawy pogardy w mediach społecznościowych.

Klimat marazmu zapanował w większości gałęzi gospodarki, ale nie w rolnictwie. Tutaj produkcja toczy się pełną parą i notuje kolejne sukcesy. Szczególnie cenne są te eksportowe, które ratują bilans wymiany handlowej naszego kraju z zagranicą. Zarówno politycy, jak i zwykli obywatele postrzegają to, jako oczywistość i nie widzą powodu, aby wyrazić uznanie.

Dopóki za darmo świeci słońce i pada deszcz, dopóty rolnicy mają zapewnione podstawowe środki warunkujące ich przetrwanie – myśli wielu ignorantów. Protesty nadal trwają, choć na mniejszą skalę, bo rolnicy szukają zrozumienia dla swojej sytuacji. Wszak wbrew ich woli drożeje ziemia, środki do produkcji i praca. Starają się też uświadamiać konsumentów, że nie mają udziału w rosnących cenach żywności, chociaż muszą ponosić koszty sprostania coraz większym wymaganiom.

Niewiele to pomaga. Nawet na szczytach władzy bardziej akcentuje się np. uruchamianie programów pomocowych dla coraz mniejszych grup beneficjentów albo opiekuńcze działania KRUS. Większym zainteresowaniem cieszy się też folklor lub osobliwe inicjatywy kół gospodyń wiejskich, niż problemy ze zbytem wieprzowiny po cenach zapewniających opłacalność. Całą odpowiedzialność za pogarszającą się koniunkturę w rolnictwie od kilkunastu lat chętnie zrzuca się na prawa wolnego rynku lub decyzje podejmowane "na górze", czyli w Brukseli. W Polsce winnych brak.

© Materiał chroniony prawem autorskim. Zasady przedruków w regulaminie.